Grupa Oto:     Bolesławiec Brzeg Dzierzoniów Głogów Góra Śl. Jawor Jelenia Góra Kamienna Góra Kłodzko Legnica Lubań Lubin Lwówek Milicz Nowogrodziec Nysa Oława Oleśnica Paczków Polkowice
Środa Śl. Strzelin Świdnica Trzebnica Wałbrzych WielkaWyspa Wołów Wrocław Powiat Wrocławski Ząbkowice Śl. Zgorzelec Ziębice Złotoryja Nieruchomości Ogłoszenia Dobre Miejsca Dolny Śląsk

W Czarnobylu czas się zatrzymał

     autor:
Share on Facebook   Share on Google+   Tweet about this on Twitter   Share on LinkedIn  
Karol Dudyński i Dawid Bociek w ostatni dzień marca wyjechali do Czarnobyla. Chcieli zobaczyć, jak wygląda to miejsce 23 lata po wybuchu.

Krajobraz po awarii

Żadnych ludzi. Cisza. Powybijane szyby. Zabawki rozrzucone po podłodze. Setki książek pokrywających pomieszczenie dawnej biblioteki. Na ścianie kalendarz wskazujący rok 1986. Tak wygląda Czarnobyl dzisiaj. Wygląda tak od 23 lat, kiedy to 26 kwietnia 1986 roku doszło do awarii reaktora atomowego.

- Wszystko wygląda tak, jak zostawili to uciekający stamtąd ludzie – opowiada Dawid Bociek. – Nic się tam nie zmieniło. Jedynie złodzieje ukradli wszystko to, co miało jakąś wartość, co można było sprzedać.

- Największe wrażenie zrobiło na nas wejście do budynku, w którym mieściło się kiedyś przedszkole – mówi Karol Dudyński. – Widać, że dzieci bawiły się w momencie, kiedy doszło do wybuchu. Wszystko jest nietknięte. Zabawki leżą tak, jak je zostawili najmłodsi. Tylko małe, dziecięce maski gazowe wskazują na tragedię.

Pomysł na wyjazd

Ciekawość – to główny powód, dla którego dwóch bolesławian wraz z grupą 38 osób postanowiło wyjechać na tę eskapadę.

- Chcieliśmy także obalić te mity o rzekomo zmutowanych zwierzętach, które można tam spotkać czy o tym, że promieniowanie wciąż jest tam tak duże, że stwarza ono zagrożenie dla ludzi – dodaje Dawid Bociek.

Dostać się tam, gdzie udało się wejść 40-osobowej grupie z Polski, nie jest łatwo. Trzeba zdobyć specjalne przepustki, trzeba wiedzieć, co wolno zrobić, gdzie wolno wejść, a gdzie nie. I nie wolno nic zabrać z miejsc, gdzie się było.

- Znaleźliśmy gazetę z dnia wybuchu – wspomina Karol Dudyński. – Dokładnie z 26 kwietnia 1986 roku. Chęć podjęcia próby zabrania jej ze sobą była ogromna. Jednak wiedzieliśmy, że dla nas skończyłoby się to ostrym upomnieniem i zabraniem jej podczas ewentualnej kontroli. Jednak dla następnych grup, które chciałyby się tam pojechać, zamknęłoby to i tak pilnie strzeżony dostęp do tego miejsca.

Gazeta została więc utrwalona jedynie na zdjęciach. Tylko tyle można było zrobić. Podczas pobytu w Czarnobylu oprócz kontrolujących przepustki nie spotkali oni nikogo. Jak słyszeli, gdzieś na obrzeżach ponoć mieszka jeden mężczyzna. Oni jednak nie spotkali nikogo.

- Ta cisza aż dudni w uszach – mówi Dawid Bociek. – Kiedy siedzi się na dachu 16-piętrowca niemal słychać życie, które się tam toczyło. Wszystko wygląda tak, jakby niedługo ktoś miał po prostu wrócić do nie uprzątniętego domu.

Bolesławianie wyjechali 31 marca, a wrócili 6 kwietnia. Jak zapewniają- to na pewno nie był to ich ostatni wyjazd do Czarnobyla. Już za rok chcą powtórzyć tą eskapadę. Jak mówią trafili nie tylko na idealna pogodę podczas wyjazdu.

- Przede wszystkim byliśmy tam niemal w rocznicę tych tragicznych wydarzeń. Poza tym wczesna wiosna jest idealnym czasem na wyjazd do Czarnobyla, ponieważ później, kiedy drzewa pokrywają się liśćmi widoczność jest ograniczona – wylicza Karol Dudyński.

Bolesławianie mieszkali w miejscowości oddalonej od elektrowni o 50 kilometrów. Było to miasto, które powstało po katastrofie. Zostało ono zbudowane specjalnie dla pracowników elektrowni, którzy zostali ewakuowani.

Zapisane na fotografiach

Wśród tysiąca zdjęć, jakie zrobili, można zobaczyć także tak zwane „Oko Moskwy”, czyli pozostałości radzieckiego strategicznego radaru pozahoryzontalnego Duga-2.

- Nie można podejść do niego bliżej, jednak nawet z daleka „Oko Moskwy” robi wrażenie – zapewniają bolesławianie. – Na temat tego radaru też słyszeliśmy wiele niepotwierdzonych historii. Nie sposób ich jednak zweryfikować.

Zdjęcia, które prezentują bolesławianie, robią ogromne wrażenie. A jak mówią, nie oddają tego, co czuje się będąc na miejscu.

- Podczas podróży, kiedy zbliżaliśmy się do samego Czarnobyla, ludzi było coraz mniej. Zresztą nie tylko ludzi. Kończą się zabudowania, domy, gospodarstwa, sklepy – mówi Dawid Bociek. – Ludzie boją się tego miejsca, bo wszystkie opowieści i mity, które krążą o tym miejscu, skutecznie działają na ich wyobraźnię.

Dokładne pomiary

Historie o promieniowaniu ciągle odstraszają od tego miejsca. Jak nie bać się czegoś, czego nie widzimy, nie czujemy, a jednak zabija. Dlatego niezbędny podczas takiego wyjazdu jest licznik Geigera, który ostrzega przed silnie promieniotwórczymi miejscami, podobnie jak wykrywacz metalu na polu minowym.

- Nie ruszaliśmy się bez licznika Geigera – zapewnia Karol Dudyński. – Potwierdził on, że promieniowanie w miejscach, w których byliśmy nie zagraża już ludziom.

Najbardziej toksycznym miejscem jest złomowisko, na którym porzucono wszystkie maszyny, ponieważ duża ilość pyłu osiadła na tych pojazdach.

Na jednym ze zdjęć widzimy Pomnik Likwidatorów, czyli ludzi, którzy zostali zmuszeni do sprzątania resztek paliwa wokół elektrowni i budowania sarkofagu bez ubrań ochronnych. Inna fotografia pokazuje mostek, o którym opowiada Karol Dudyński:

- Tutaj stali ludzie, kiedy doszło do wybuchu. Był on niezwykle widowiskowy, więc wielu wyszło z domu, by lepiej mu się przyjrzeć. Nie wiedzieli o promieniowaniu i o tym, że stojąc w tym miejscu wydają na siebie wyrok śmierci.

Tylko jednak osoba tak naprawdę zmarła w wyniku poparzenia. Pozostali są ofiarami silnego promieniowania, na które byli narażeni.

Gotowi do ucieczki

- Obejrzeliśmy bibliotekę, w której znaleźliśmy książki. Domy, gdzie na ścianach wisiały kalendarze, stały meble. Motel, basen, ośrodek kultury czy wesołe miasteczko… W każdym miejscu odnaleźliśmy ślady życia, które się tam toczyło – opowiada Dawid Bociek.

Bliscy odradzali Dawidowi i Karolowi ten wyjazd, ponieważ bali się, że część mitów o Czarnobylu może okazać się prawdą. Jednak ciekawość i chęć zobaczenia tego miasta duchów na własne oczy była silniejsza niż strach.

- Wyobraźmy sobie, że w jeden dzień zostaje ogłoszona ewakuacja 50-tysięcznego miasta – mówi Dawid Bociek. – Liczy się każda minuta, więc ludzie wychodzą z domów, wysiadają z samochodów, zostawiają wszystko, co robili i tak jak stoją po prostu zaczynają uciekać.

Prypeć w pierwszej chwili wygląda jak normalne miasto. Typowe, socjalistyczne blokowisko, jakich wiele także w Polsce. Jednak tam panuje cisza. Słychać tylko śpiew ptaków i wiatr. Wokół tysiące okien bez szyb, mieszkań z otwartymi na oścież drzwiami. Za nimi to, co mieli mieszkający tam ludzie. Czas się zatrzymał.


Karolina Wieczorek



o © 2007 - 2024 Otomedia sp. z o.o.
Redakcja  |   Reklama  |   Otomedia.pl
Dzisiaj
Wtorek 16 lipca 2024
Imieniny
Eustachego, Mariki, Mirelli

tel. 660 725 808
tel. 512 745 851
reklama@otomedia.pl